Archiwa kategorii: Tak sobie myślę

Żegnajcie Gimnazja

1JyANL0DTguQcnvDRTg1_DSC_1962

Zaczyna być głośno o zmianie systemu szkolnictwa. Zamiast gimnazjum, powrócimy do 8-klasowej podstawówki. Jestem absolutnie za. Dlaczego?

Słowem wstępu, co do polityki Prawa i Sprawiedliwości. Nie obchodzi mnie czy ten projekt wystosowałaby Platforma Obywatelska, Petru, czy Kukiz. Dla mnie jest ważna sama ta zmiana. W moim osobistym odczuciu gimnazjum to ślepy zaułek pod każdym względem.

Edukacja

W podstawówce, a właściwie w klasach 4-6 dostajemy początek jakiejś konkretnej nauki. Mamy historię, polski, przyrodę i całą resztę. Cały czas lecimy jednak z programem na złamanie karku, bo godzin mało i program się ucina. Świetnie to widać na przykładzie historii. Jestem humanistą, więc nie będę mówić o matmie, przedmiocie, którego nigdy dobrze nie zrozumiałem. Podejrzewam, że w innych przedmiotach jest podobnie, ale zostanę przy historii.

No więc w 4 klasie podstawówki przerabiamy starożytność, bardzo dokładnie i skrupulatnie. W piątej mamy średniowiecze i tę część starożytności, której nie zdążyliśmy przerobić wcześniej. Program rzecz święta, więc nauczyciel pędzi jak może, żeby nadrobić Greków i Rzymian, kosztem Franków i Polan. Piąta klasa pędzi jak przecinak i w szóstej przerabiamy średniowiecze, nowożytność, wojny napoleońskie, pierwszą wojnę światową i… nie, pierwszej wojny to już nie przerabiamy. Ja w podstawówce zatrzymałem się na Napoleonie.

Idziemy wtedy do gimnazjum, by dowiedzieć się co ciekawego działo się w Europie w latach 1900+ a dostajemy Greków i Rzymian. Potem średniowiecze, nowożytność, kolonie, Napoleon, I Wojna światowa, zaczyna się druga….. drrrrryyyń! Czas minął.

Idziesz do liceum, technikum, albo zawodówki i zgadnij od czego zaczynamy historię? Ave Cezar!

Jeżeli podstawówka trwałaby dłużej może dałoby się to jakoś pogodzić, jakoś inaczej rozłożyć program. Obecnie szkoły kończą ludzie świetnie znający starożytność, a nie znający określenia „Zimna Wojna”.

Eksplozja Hormonów

Do gimnazjum trafiamy w wieku 13 lat, czyli w momencie, kiedy hormony zaczynają szturmować nasz mózg 24 godziny na dobę. Z chłopców stajemy się mężczyznami, zamieniamy zabawki i klocki na gry komputerowe i skrzętnie ukryte filmy dla dorosłych. Chcemy imponować swojemu otoczeniu, jak i płci przeciwnej, którą też nagle zaczynamy się interesować. To wiek buntowania się przeciw wszystkim i wszystkiemu.

W tym niezwykle wybuchowym wieku zostajemy wrzuceni w zupełnie nowe środowisko. Nowi ludzie nowi nauczyciele. Żaden nasz błąd nie będzie wybaczony. W gimnazjum mogą się śmiać z Ciebie przez całe trzy lata, choćby człowiek nosił aparat ortodontyczny. Liczne bójki ze znajomymi, żeby wspiąć się wyżej w łańcuchu pokarmowym i niekończące się pyskówki z nauczycielami, którzy po kilku latach zmieniają się w kłębek nerwów. Mają wtedy dwa wyjścia: Albo stać się wrednym belfrem, który nie da sobie wejść na głowę, albo się załamać.

Przebywanie w tym trudnym okresie życia z tymi samymi znajomymi, to chyba lepsze wyjście niż totalna zmiana otoczenia.

Znieczulica

W gimnazjum panuje pojęcie, że jest to jedynie przystanek w edukacji. Coś, właściwie nie wiadomo co, pomiędzy podstawówką, a dalszą edukacją. W uczniów nie angażują się przesadnie ani nauczyciele ani pedagodzy. Pomagają im, oczywiście, nie mówię, że nie bo znam wielu dobrych pedagogów uczących w gimnazjach, ale zanim nastolatek otworzy się i porozmawia o tym, że ma jakikolwiek problem, zdąża minąć te trzy lata, a jego problem ma szansę stać się traumą na przyszłość.

Uczniowie też często mają na to olew. W liceum zacznę się porządnie uczyć. Teraz to nie ma co, jest jakiś test gimnazjalny, ale do liceum i tak się dostanę, no chyba że startuję do tych pierwszoligowych dla zdolnej młodzieży, to wtedy się uczymy. Ale tak? Wiele talentów jest przez to marnowanych, ponieważ nauczyciele nie mają ani czasu, ani często chęci na rozwój dodatkowych talentów, a uczniowie w swoim hormonalnym buncie negują każdą formę pomocy jaką się im proponuje.

Z własnego doświadczenia

Pomijając fakt, że byłem dość trudnym i niedostępnym nastolatkiem, to dobrze wspominam gimnazjum, dzięki przyjaźniom, które tam zawarłem. Przydała mi się też rotacja znajomych po podstawówce. Nie zmienia to jednak faktu, że na przerwach tłukliśmy się co chwila (a w bójkach byłem kiepski) i wypominaliśmy każdemu jego potknięcia nawet sprzed semestru. Skoro nie mogę być lepszy, niech inni będą gorsi prawda?

Jestem ciekawy jakby wyglądałby mój rozwój i moja psychika, gdybym spędził z tymi samymi ludźmi z podstawówki dodatkowe 2 lata. Jak zmieniłoby się moje podejście do życia, moja edukacja. Czy w ogóle uległyby jakimś zmianom?

No to mamy premierę

978-83-287-0234-9

Na półkach w całej Polsce pojawiła się moja debiutancka książka Komputerowy Ćpun. Jestem bardzo ciekawy jak zostanie odebrana zarówno przez graczy, jak i przez ich otoczenie.

Dopiero teraz właściwie dotarło do mnie co się dzieje. W moim rodzinnym mieście huczy od tematu „miejscowego pisarza” dostaję też sygnały, że książka jest dostępna w Empikach tu, tam siam i owam (co zawsze było wyznacznikiem zauważalności książkowej) Piszą do mnie dziennikarze i biblioteki.

Martwię się jednak czy książka zostanie odebrana dobrze i poprawnie.

Spodziewam się krytyki. Na pewno ze strony społeczności graczy. Wielu już teraz przybija mi piątkę, ale część uważa, że problem nie istnieje a ja pisałem po próżnicy. W jakimś stopniu jestem na to przygotowany.

Dziennikarze patrzą na temat na dwie strony. Z jednej, chętnie zrobią polowanie na czarownice, bo gracz przyznał się do nałogu. Boję się, że tak właśnie zostanie odebrany ten tekst, a ja jednak nie szukam współczucia. Mimo to mediom może podobać się taka patologia jako główny temat, zapominając o samej treści, jaką opracowałem.

W końcu książka nie jest o mnie, lecz o problemie, który dotknął również mnie. Znam ten temat i mam nadzieję, że nikt nie odbierze mnie jako „spójrzcie na mnie! Jestem ćpunem!”

Na szczęście mam ten etap już za sobą.

Chciałbym, żeby ludzie zobaczyli tą właściwą treść. Różnicę pomiędzy pasjonatą, a uzależnionym maniakiem. Grami rozwijającymi i uwsteczniającymi. Jak rozpoznać u siebie słabość i kiedy możemy odetchnąć z ulgą. Ta książka ma na celu rozpocząć dialog graczy i nie-graczy. Mam nadzieję, że ten cel nie zostanie zapomniany.

Póki co jestem ciekawy jak cała sytuacja się rozwinie i jak koniec końców moja książka zostanie odebrana w społeczeństwie.

13 – Wiek Upadłych Marzeń

download7

Długo zastanawiałem się kiedy przestajemy marzyć. Kiedy z pisarzy, aktorów i piosenkarzy, stajemy się sprzedawcami i operatorami wózków widłowych.

 

W ostatnio dość dużo czasu poświęcam w różnego rodzaju placówkach oświatowych. Wyraźnie widać, że dzieci w szkołach podstawowych mają marzenia i nie boją się dzielić nimi ze światem. Chcą być astronautami, piosenkarzami, burmistrzami i biznesmenami. Co innego jest w liceum, gdzie potrzeba dużo czasu, żeby nastolatek powiedział nam coś więcej o swoich zainteresowaniach. Są to jednak już plany w o wiele większym stopniu skonfrontowane z rzeczywistością. Operator wózka widłowego, albo planowana przeprowadzka na brytyjski zmywak.

Ostatnio usłyszałem w gimnazjum od nauczycieli, że „w pierwszych klasach uczniowie mają jeszcze ambitne marzenia, ale pod koniec szkoły, kiedy skonfrontują je z rzeczywistością, wielu je zmienia”

Myślę, że to odpowiedni moment na apel do rodziców. Wspierajcie swoich młodych nastolatków, bo w tym wieku, w tej magicznie pechowej trzynastce potrzebują waszego wsparcia jak nigdy.

To właśnie wtedy umierają marzenia, przy konfrontacji z bezwzględną społecznością gimnazjum, gdzie każdy uczeń próbuje nie utonąć, a jedyną możliwością, żeby to zrobić jest stanąć na głowach innych.

Nauczyciele też nie próżnują. Jesteśmy cały czas pouczani jak wpasować się w klucz, jakie wykształcenie ma większe szanse na rynku pracy. Wszystko fajnie, ale życie weryfikuje, jak to mówią.

Ale przecież ktoś zostaje tym piosenkarzem, aktorem i astronautą. Nie rodzą się oni w probówkach, ani nie przylatują z kosmosu. Wydaje mi się, że to te dzieciaki, które jakimś cudem przetrwały marzeniowy holokaust gimnazjum i trzymały się swoich planów, bez względu na nic.

Niestety często te osoby nie są zbyt lubiane. Czasami są dziwne, to fakt. Są odszczepieńcami, zadufanymi w sobie bubkami, szczycącymi się tym, że „interesują ich inne rzeczy” (cóż, sam taki byłem). Czasami są to jednak dzieciaki, które mają po prostu inne zainteresowania. Żyją w zgodzie z klasą i kolegami, ale mają inne pasje. Ale czy znajdują wtedy posłuch w szkole?

W szkole dowodzą sportowcy i prymusi przedmiotów szkolnych. Nie spotkałem nigdy osoby stojącej na szkolnym piedestale, która interesowałaby się np. sztuką filmową. Fakt, były takie osoby, ale trzymały się na uboczu. Wielu rezygnuje z marzeń, ponieważ właśnie nie chce stać na tym uboczu. Chcemy mieć znajomych, śmiać się i usłyszeć komplement od czasu do czasu. Mając malutkie grono znajomych prędzej czy później poczujemy się jako „ci na uboczu”

Dlatego, rodzicu wspieraj swojego nastolatka. Niech nie rezygnuje z marzeń, choćby nie wiem jak nierealne by one nie były. Nieważne jak nieopłacalne i czasochłonne będą. Nie ma nic gorszego, jak gasnące aspiracje zastępowane przez szarą codzienność, bo gdy nastolatek nie zwątpi w siebie i przez kolejne lata nadal będzie celebrować swoją pasję, z czasem osiągnie w niej prawdziwe mistrzostwo, a każda dziedzina, choćby nie wiem jak mało popularna i niecodzienna, będzie powodem do dumy gdy osiągnie się w niej mistrzostwo, zwłaszcza gdy będziecie mogli powiedzieć „to mój dzieciak”.

Talent nie istnieje?

download8

Odkąd jestem dziennikarzem rozmawiałem z bardzo wieloma sportowcami, pisarzami i artystami. Byli to ludzie najróżniejsi. Od bucowatych egocentryków, po zamkniętych w sobie i nieśmiałych mruków. Jedni wierzyli w siebie inni uważali swoje sukcesy za jeden wielki fart. Całą tę menażerię łączyło jedno wspólne zdanie.

 

Żaden nie upatrywał swojego sukcesu w talencie.

 

Talent tak stale powtarzany, niczym mantra, przez wszystkich towarzyszących wielkim tego świata. Każdy z nich go ma i nikt nie chce się do niego przyznać. Czy w twojej pracy jest talent? A twojej? Może w twojej?

 

Nikt nigdy nie przyznał mi się nawet do znikomej zasługi wrodzonych predyspozycji, nieraz całkiem oczywistych, którym zawdzięczałby sukces. Rozumiem, że są ludzie skromni i wycofani, ale są też tacy z ego wielkości hangaru Airbusa. I co? Też nic?

Są na to dwa wyjaśnienia:

A)  Istnieje ugrupowanie ludzi, którzy osiągają w życiu jakikolwiek sukces i podpisują zmowę milczenia, że nigdy nie będą upatrywać czegokolwiek w talencie

B) Talent nie istnieje

Osobiście przychylam się do tego drugiego. Słyszałem o utalentowanych pianistach i malarzach, ale czy ktoś widzi jeszcze to, że gość gra na pianinie od 4 roku życia? Pytanie brzmi: czy grając od czwartego roku życia grałbym teraz na konkursie Chopinowskim? Niestety nie sprawdzę tego, bo dopiero uczę się grać na keyboardzie, ale za 20 lat dam wam znać co mi z tego wyszło.

 

Może w tym tkwi talent? W poświęceniu i cierpliwości. Konsekwentnym dążeniu do celu? Ale czy nie jest to synonimem ciężkiej pracy?

Zauważyłem, że ludzie często mówią o talencie z wyrzutem, jako o wymówce do własnej prokrastynacji.

„Zobacz jak on pięknie gra, musi mieć wielki talent”

A jak brzmi:

„Zobacz jak on pięknie gra, musiał poświęcić tysiące godzin, żeby osiągnąć taki poziom”

W tym pierwszym doceniamy genetyczną loterię życia, a w drugim – czyjąś ciężką pracę.

Jesteśmy jednak ludźmi zawistnymi i nie doceniamy czyjejś pracy, dlatego łatwiej wszystko zrzucić na talent. W ten sposób możemy usprawiedliwić też samych siebie. To że nie gram tak jak ten pianista, to dlatego, że nie mam jego talentu, a nie dlatego, że nie siedziałem przed pianinem.

 

Trudno jednak nie zwrócić uwagi na fizyczne predyspozycje. Ktoś wysoki wyżej skacze, a cięższy mocniej uderza. Istnieją predyspozycje psychiczne, o których wspominałem we wpisie o Stephenie Hawkingu. Trudno to zignorować.

Sam w sobie nigdy w niczym nie widziałem talentu. Czy potrafimy w ogóle powiedzieć „mam w tym talent. To mi zawsze wychodziło” ?

Ostatnio zacząłem zdobywać medale na konkursach modelarskich. Po 12 latach w hobby to raczej normalne, znam wielu artystów z o wiele mniejszym stażem, a jeżdżących na konkursy zagraniczne.

Całkiem nieźle piszę, ale tym też zajmuję się odkąd tylko pamiętam. Trudno poświęcając czemuś 20 lat nie być w tym przynajmniej dobrym.

Może talent to coś co pcha nas do tego zajęcia. Że chce nam się ćwiczyć, pisać, czy śpiewać? Też nie, bo to jest przecież determinacja.

 

Czym jest ten talent?

Nie znoszę Nerdów

download

Jest to jeden z głównych powodów dla którego napisałem książkę „Komputerowy Ćpun”

 

Uwielbiam gry komputerowe. Uwielbiam też graczy, którzy na każdym kroku udowadniają, jak wspaniałą rozrywką są gry. Osiągają sukces za sukcesem, posiadają niezwykłe umiejętności, odkrywają w sobie wielkie talenty i wiele z tych rzeczy zawdzięczają grom komputerowym.

Uwielbiamy naszą rozrywkę, która świetnie wygląda, wzrusza nas do łez, czasami przeraża, czasami bawi, ale przede wszystkim zapewnia wrażenia jakich nie jest w stanie zapewnić telewizja, której żaden gracz nie ogląda, a na którą patrzymy z politowaniem godnym zamierzchłej technologii.

Jesteśmy ludźmi spoza pudełka. Myślimy kreatywnie, w szerokiej perspektywie, nie dajemy się omamić i stawiamy opór światowej indoktrynacji. Spotkaliście kiedyś gracza, który wyszedł z supermarketu z pełnym wózkiem, bo dał się przekonać promocjom?

Niestety jest jeszcze ta ciemna strona gracza.

Nerdy. Nie znoszę ich, być może dlatego, że sam kiedyś byłem nerdem i dobrze wiem jakim myśleniem się kierują. Jeżeli miałbym zastąpić słowo nerd polskim odpowiednikiem, byłby to… gracz patologiczny.

Nerdy są patologią graczy. Uzależnionymi jednostkami rujnującymi obraz gracza w społeczeństwie z każdym rokiem zdobywający kolejnych „klubowiczów” swojego społecznego odrzucenia.

Jest wiele powodów za które można nie lubić Nerdów. Właściwie trudno ich w ogóle lubić. Są na bakier z higieną osobistą. Rzadko używają szamponu, a co dopiero dezodorantu. Beznadziejnie się ubierają i mają kiepskie maniery, przez co wstyd pokazać się z nimi w towarzystwie. Potrafią zrobić sobie konkurs bąków, bekania, albo wyłączyć się z rozmowy przeglądając internet na telefonie. Są zadufani w sobie i patrzą na wszystkich z góry. Z powodu opóźnionej inicjacji seksualnej (30 lat to trochę późno) nie potrafią normalnie rozmawiać z płcią przeciwną, nie mówiąc już o zachowywaniu się w jej otoczeniu.

Ale nie jest to w nich najgorsze. To wszystko można znieść, zwłaszcza kiedy jesteśmy „normalnymi graczami” i wybaczamy drobne odchyły znajomych.

Najgorsza jest jednak ta wieczna pycha. Patologiczny gracz uważa się za lepszego od innych. Mądrzejszego, zajmującego się ciekawszymi sprawami. Tym samym uważa wszystkich dookoła za nudziarzy i kretynów. Szydzi z kobiet, sportowców, nauczycieli i każdej mniejszości etnicznej, religijnej czy orientacji seksualnej z której tylko jest w stanie szydzić.

Nie potrafią przyznać racji i docenić drugiego człowieka. O nie, nigdy nie pochwalą nikogo, choćby ich najbliższy przyjaciel osiągnął spektakularny sukces, którym mógłby zdzielić swojego nerdowego przyjaciela prosto w twarz.

Pierwsi wątpią, depczą i naigrywają się z marzeń kolegów, nawet innych nerdów, by choć trochę, na chwilę poczuć się mniej frajersko, bo jak ktoś upadnie na dno, a my staniemy mu na plecach, będziemy te kilka centymetrów wyżej.

Nie każdy jest silny psychicznie. Większość nerdów jest wręcz mizernie słaba. Widać to za każdym razem, gdy w grupie znajdzie się ktoś odrobinę bardziej wygadany, kto dotnie komuś tekstem. Nerd boi się patrzeć w oczy rozmówcy. Mówi pod nosem, nie otwierając ust z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Jak ktoś taki ma przetrwać naigrywanie się ze swoich marzeń?

Bo Nerd ma marzenia. Wielkie i wspaniałe, do których skrycie dąży, wrażliwe jak przebiśniegi. Boi się ich, bo pokazują jego słabość, wrażliwość i wątpliwą wiarę w samego siebie. I inne Nerdy gdy tylko dowiedzą się o tym marzeniu, nie ważne czy to będzie napisanie książki, rysowanie komiksów, malowanie obrazów, bycie piosenkarzem czy biznesmenem zaczną atakować swojego najlepszego przyjaciela odciągając go od tego pomysłu. Będą szydzić z niego, że to co teraz robi jest kiepskie. Oczywiście, że jest! Nikt od początku nie zrobił nic dobrze, uczymy się przecież na błędach. Ale Nerd z marzeniami tego nie wie, dlatego zignoruje swoje marzenie.

Przeżyłem dokładnie to samo. Nabijanie się moich najlepszych kumpli z moich opowiadań, artykułów, marzeń o byciu pisarzem, vlogerem, do licha, śmiali się nawet z tego, że mam dziewczynę (teraz już narzeczoną). Na wiele miesięcy przestałem pisać. Nigdy więcej nie wysłałem, ani nie pokazałem im żadnego tekstu. Przestałem vlogować bezpowrotnie. Bardzo długo nie wiedzieli o moich dziennikarskich próbach.

W końcu jednak pomyślałem, że mam gdzieś to co o mnie mówią i o moich marzeniach. Postanowiłem sięgnąć po nie pomimo ich negatywnego nastawienia. Nie mogę powiedzieć, że mnie nie złamali, ale udało mi się pozbierać.

Wiem jednak, że są tacy, którzy nie mieli tyle… szczęścia? Silnej woli? Mieli gorszych prześladowców? Jak by tego nie nazwać są tacy, których marzenia zostały stracone bezpowrotnie. Zapomnieli o nich przez zdanie speców od noszenia tych samych gaci przez tydzień. Zawsze kiedy byłem na spotkaniu z nerdami i widziałem takiego „marzyciela” wypytywałem go o jego plany i postępy. Wiedziałem, że chce się wygadać komuś kto wierzy w niego, a przynajmniej tak mu się wydaje. Nie zawsze znajdzie się jednak taka osoba.

Nie znoszę nerdów właśnie za ich umiejętność do niszczenia cudzych marzeń.

Hawking to dupek

x900

Do takiego wniosku doszedłem oglądając film o jego życiu, czy też życiu jego żony, trudno powiedzieć. Już wyjaśniam o co mi chodzi.

Film „Teoria Wszystkiego” przedstawia historię Stephena Hawkinga, jednego z największych geniuszy naszych czasów. Film jest dość trudny w odbiorze, ponieważ wcale nie jest łatwo streścić w kilku zdaniach teorię powstania kosmosu językiem, który zrozumie każdy pożeracz popcornu. W ten sposób wychodząc z kina właściwie nie wiedziałem, z jakiej racji Hawking jest geniuszem, no bo niby mówi o czarnych dziurach, to jest genialne, potem się z tego wycofuje, ma nowy pomysł, jeszcze lepiej, brawo brawo, masz tu nobla, tytuł szlachecki i prywatną pielęgniarkę.

Intelektualna modelka

Kiedyś w „Jak pisać” Stephena Kinga przeczytałem o zjawisku intelektualnej modelki, gdzie osoba zawdzięcza swój sukces temu, że taka się po prostu urodziła. Skoro ktoś urodził się ładny, może też urodzić się mądry. Znacznie lepiej kumać jakieś zagadnienia, mieć bogatszą wyobraźnię, nie wiem. King stawiał za przykład Hamingway’a, ja postawię za przykład Hawkinga.

No więc w filmie jest taka scena, kiedy profesor Lupin daje studentom „strasznie trudne zadania nad którym spędzicie całą noc, a i tak ich nie rozwiążecie. Mieli na to bodajże tydzień, nie pamiętam. W każdym razie każdy z uczniów rozwiązał maks trzy zadania, a Hawking sześć, siedem na osiem możliwych… w czasie jazdy pociągiem na uczelnie.

Z czego wynikał jego sukces? Rozumiał lepiej zagadnienie, ale dlaczego? Nie poświęcił zadaniom wielu godzin, tak jak jego koledzy. On je po prostu rozumiał. Był po prostu mądry i szybciej je rozgryzł. Jego sukces nie pochodził z ciężkiej pracy lecz wielkiego geniuszu. Podobnie jak modelka zawdzięcza swój sukces odpowiednim kościom policzkowym, tak Hawking (przynajmniej w filmie) pokazuje, że swój sukces zawdzięcza odpowiedniej liczbie szarych komórek w głowie. Gratuluję zwycięstwa na loterii genetycznej.

Biedna Żona

Przejdźmy jednak do tematu żony Hawkinga, która również miała aspiracje naukowe. Z powodu pogłębiającej się choroby męża i dorastających dzieci, postanowiła przerwać karierę naukową (w ogóle jakąkolwiek karierę) i zająć się trzymaniem tego wszystkiego w ryzach. Ale nie Stephen. On nadal siedział w swoim fotelu na kółkach i dumał na temat czarnych dziur, kosmosu i innych takich. Jane Hawking prała, sprzątała, gotowała, przewijała dzieci, płaciła rachunki, rozmawiała ze wszystkimi możliwymi urzędnikami i nosiła męża na własnych plecach. On w tym czasie po prostu sobie myślał.

Nie chcę wyjść na nieczułego, ale chyba są jakieś zajęcia, którymi może się zająć sparaliżowany człowiek, żeby pomóc swojej rodzinie. Chyba była jakaś renta, albo rodzaj pracy, którą Stephen Hawking mógł się parać. Chciał być naukowcem i w ogóle, kumam, ale skazał swoją żonę na porzucenie własnych pasji i marzeń, żeby samemu się wybić. To najgorszy przypadek emocjonalnej pijawki jaki widziałem w całym swoim życiu. Gdy wreszcie został doceniony w gronie naukowców ze Stanów Zjednoczonych, głównie dzięki żonie, on podziękował jej… rozwodem! Naprawdę? Oddała Ci wszystko co miała, nawet własne marzenia, a ty się z nią rozwodzisz?

the-theory-of-everything-toronto-film-festival

W życiu nie tak to działa

Ciekawy jestem co by na to powiedziała moja narzeczona. Cześć kochanie, słuchaj bo ja bym chciał zostać wielkim pisarzem nie? Taki trochę Tolkien. No więc będę siedział w domu i pisał. Nie, nie zarobię za dużo, może coś skapnie mi z uczelni (jeśli bym na niej wykładał). Nie, nie będę sprzątał, ani gotował, ale mogę zrobić Ci gromadkę dzieci, pasuje? Ale wiesz kochanie, będę wielkim i sławnym pisarzem, a wtedy to dopiero będzie!

Nie mogę tego przeżyć. Rozumiem, że trzeba gonić za marzeniami i w ogóle, ale jak można postawić drugą osobę w takiej sytuacji, żeby poświęciła dla nas własne pasje i marzenia?

Może gdyby był lepszy dla swojej żony, może gdyby nie musiała zajmować się wszystkim dookoła, została by również znanym naukowcem? Z pewnością Stephen Hawking nie osiągnąłby tak wielkiego sukcesu, ale czy w zamian za swój sukces mamy prawo pogrążyć tych, których kochamy i co najważniejsze tych, którzy nas kochają?

Nie jestem blogerem

download

W sumie to może być dziwne, bo jak mogę nie być blogerem, pisząc na blogu, prawda?

Blog ma na celu zapoznanie z czymś, jakimś oryginalnym zjawiskiem no i oczywiście wyrobienie charakteru reklamowego. Tu zaczyna się różnica, bo ja nie mam charakteru reklamowego.

Każdemu kto będzie mnie czytać (chwała Ci za to!) nie mam zamiaru reklamować szamponów, ubrań, gier, muzyki ani nic takiego. Producenci marek mogą do mnie nie pisać (no chyba, że z mercedesa) bo po prostu nie chodzi mi o to.

Chciałbym na tym blogu wyrażać pewien pogląd i swoje zdanie na różnego rodzaju tematy. Chciałbym rozmawiać z wami. Poznać was. Porozmawiać na trudne tematy, wyjaśniać różne kwestie. Nie robię tego w formie reklamy. Jak nas będzie 10 tysięcy, będzie ekstra, ale jak będzie nas niecała setka – też ekstra! Przynajmniej na każdy mail zdążę odpisać.

O czym będę pisał na blogu? Oczywiście o sobie! Blogi prowadzone są przez blogerów dla połechtania swojego ego. To nasz specjalny sposób na powiedzenie „Spójrz na mnie!”. Ja bym chciał jednak przekazać coś w styli „jak już tu jesteś to zobacz co porabiam”. A będę robił dużo.

Co w ogóle będzie się działo na moim blogu?

Z pewnością sporo będzie się tu rozchodziło o mojej książce „Komputerowym Ćpunie” jeżeli trafisz tutaj (przypadkiem, bądź cudem) przed jej premierą, możesz czuć się hipsterem we flanelowej koszuli z kubkiem kawy i jabłkowym smart fonem.

No więc będę pisał o uzależnieniu od komputera, w trochę inny sposób niż to ma miejsce w mojej książkę. Trochę o życiu, trochę o zapobieganiu uzależnieniu. Trochę o dobrej stronie gier. Bo ja lubię grać! Uwielbiam komputer! Jednak co innego jest być koneserem wina a żulem pod sklepem.

Z pewnością będę dużo rozmawiał z graczami, którzy uznają mnie za wiarołomcę z powodu tej książki. Dobra, jedziemy dalej.

Poza graniem na kompie robię naprawdę dużo najróżniejszych rzeczy. Jestem dziennikarzem i z tego powodu poznaję naprawdę niesamowitych ludzi. Z pewnością zamieszczę na stronie niejeden wywiad z fajnymi osobami. Niby to taka promocja, ale jak jesteście gdzieś na portalu, to zawsze macie redaktora nad sobą, a tutaj mogę pogadać trochę tak na swoich indywidualnych warunkach. No więc będą też wywiady. Jak będę promować jakąś książkę to zrobię wam konkurs na egzemplarz recenzencki. Możecie wierzyć, lub nie, ale dziennikarz (zwłaszcza literacki) buduje bazę z egzemplarzy recenzenckich. Jako zaprawy używa łez wylanych po negatywnych komentarzach ;_;

Będzie trochę coachingowo. Napisałem książkę o uzależnieniu i chciałbym pokazać (zwłaszcza tak zwanej młodzieży), że jest coś więcej niż ekran komputera, że warto realizować swoje marzenia i warto się starać. Nie mam zamiaru przekonywać do swojego poglądu. Jedni chcą coś robić inni nie. Jeżeli jednak ktoś chce coś robić i zaczyna wątpić w siebie, czuję się w obowiązku, żeby mu pomóc.

Problem w tym, że w Polsce brakuje dobrego Motywatora. Słuchaliście kiedyś Ericka Thomasa? Gość wyszedł z bezdomności. On naprawdę wie co to znaczy „nie poddawaj się” i potrafi to przekazać. W Polsce mamy papierowych trenerów w schludnych garniturkach wykazujących się elokwentną mową. To nie o to chodzi. Z dużo nasłuchali się zachodnich mówców zapatrzonych w amerykański sen. Samo słowo mówca motywacyjny to oksymoron. Motywujesz do działania samym mówieniem? Coś jest nie tak. Poza tym czasami trudno zmotywować do działania kogoś, komu sypie się życie tekstami w stylu „sięgnij po marzenia” Krzysiek Gonciarz świetnie parodiuje tych wszystkich biznesowych mówców. Ale o tym później

Będzie sporo video. Może nie już tak dużo, jak u vlogerów. Mam sporo zajęć, a nagrywanie krótkiego filmiku, to praktycznie zajęcie na cały dzień. Postaram się wrzucać takie filmy jak najczęściej, ale nie obiecuję, że to będzie np. co tydzień. Są jednak kwestie, których nie można napisać , a warto je powiedzieć, tak po prostu, najzwyczajniej w świecie.

Będzie też literacko. Było, nie było, coś tam sobie piszę w wolnym czasie. W momencie gdy ten tekst ląduje na blogu, ja pracuję już nad dwoma innymi (no dobra, trzema) książkami. Przynajmniej jedna z nich jest o tematyce fantastycznej. Podejrzewam, że od czasu do czasu mogę coś skrobnąć w tym temacie. Może „jak się wybić” albo „rozkmina pisarza” jeszcze nie wiem.

Dużo tego będzie. Wesoło będzie. Czasem poważnie będzie. Myślę, że będzie wam się podobało.