Miesięczne archiwum: Luty 2016

W szkołach brakuje coacha

download

Świat się coraz bardziej zmienia, więc niewykluczone, że w przyszłości obok szkolnego pedagoga usiądzie trener osobowości, zachęcający do realizacji marzeń.

Skąd mnie to wzięło?

Oglądałem ostatnio zabawy taneczne w miejskim domu kultury. Oczywiste było to, że młodsze dzieci skakały i wydurniały się, a starsze były bardziej z dystansowane. Powiemy: no starszy się wstydzi. Oczywista oczywistość, ale dlaczego się wstydzi?

Co zmienia się w życiu dziecka, że w wieku 5-6 lat tańczy i występuje bez większych krępacji, a w wieku 7-8 trudno niejednokrotnie wyciągnąć takiego na scenę. Jedyne co odróżnia dwójkę z przykładu to szkoła. Jedno już ją poznało, a drugie jeszcze nie.

Czemu tak psioczę?

Mam wrażenie, że z powodu szkoły znaczna część młodzieży zostawia swoje starania w ciemnym koncie. Czasami z powodu nauczycieli. Sam doświadczyłem takich, którzy za szczególnie nie wierzyli w mój dryg do literatury. Dzisiaj jestem dziennikarzem, piszę kilka stron dziennie. Ktoś tu się chyba pomylił…

Dodatkowo mamy uczniów, którzy potrafią zdeptać próby drugiej osoby, a w przypadku niepowodzenia np. Kiepskiego występu na scenie, wręcz ztraumatyzować w nas to przeżycie.

Nie mówię, że szkoła jest złem wcielonym, nawet jeżeli sam najlepiej jej nie wspominam. Wiem, że wiele osób świetnie się w niej bawi i korzysta z furtek tworzonych przez oświatę pełnymi garściami. Czasami jest jednak potrzebny ktoś kto powie dobre słowo, doceni czy… wesprze.

Tu pojawia się Pan Coach

O ile słowa „trener osobisty” i „rozwój personalny” nadal budzą w Polakach rozbawienie, to jednak ich praca a ogół osiąga zamierzony cel. Ludzie znajdujący się pod opieką trenerów, choć płacą za to grube pieniądze, znajdują mentalne zapewnienie w możliwość realizacji swoich marzeń. Zapewnienie, które najczęściej tracą za czasów szkolnych.

Nieprzychylni nauczyciele, koledzy nabijający się z marzeń, rodzice widzący w marzeniu „trudną i ryzykowną inwestycję”

A co jeśli możemy uniknąć tej niepewności, a wręcz możemy zaszczepić choćby szczyptę dodatkowej wiary we własne siły? Taki coach pracujący w szkole, rozmawiający z uczniami na godzinach wychowawczych, którego drzwi od gabinetu są otwarte jak te u Pani pedagog.

Zrozumiała niepewność

Wiem, że część uczniów, a nawet nauczycieli uznałaby to za niedorzeczność, może nawet 2/3 powiedziałyby, że to głupota, ale kogoś z pewnością by się przekonało.

To tak jak ze szkolnymi projektami o dopalaczach, na które zaprasza się uczniów. Część śpi, część śmieje się ze wszystkiego co powie prowadzący, ale jest też mała część, którą ruszą słowa zaproszonego gościa? Może dla nich warto się postarać?

Ostatnio rozmawiałem z pedagogiem prowadzącym podobne zajęcia odnośnie uzależnień. Powiedział: Nigdy nie dowiesz się ilu osobom pomogłeś dzięki takiemu wystąpień, a ilu uratowałeś życie.

Może jednak warto?

Pay to win

photo-1439337153520-7082a56a81f4

Istnieje wiele powodów dla których unikam gier internetowych, jednak w ostatnim czasie poziom rankingowego absurdu sięgnął w niektórych tytułach cyfrowego piekła

Jak było kiedyś

Kiedyś podział gier był dość prosty. Pomimo wszelakich typów, rodzajów rozgrywki i zależności fabularnych, gry komputerowe można było podzielić na dwie duże rodziny: Płatne i bezpłatne. Te pierwsze wypuszczały duże studia. Te drugie studia dopiero raczkujące, lub takie, których celem było tworzenie bezpłatnej rozrywki.

Ostatnio gry podzieliły się na nowe dwie grupy. Wielkość studia przestała mieć znaczenie, podobnie jak cena gry. Istnieją gry bezpłatne, zrzeszające milionowe społeczności i wielkie studia upadające po wtopionej inwestycji.

Obecny trend mówi nam bardzo dużo o psychologii gracza, gdyż dotyczy on jedynie wygrywania. Gry bowiem możemy obecnie podzielić na play to win oraz pay to win.

Jak jest teraz

Gracze są nastawieni na wygrywanie. Nawet w grach nie wykorzystujących internetu pojawił sie zgubny trend tak zwanych „achiwmentów” czyli osiągniąć z rozgrywki. Ile razy trafiliśmy przeciwnika w głowę, ile ukrytych lokacji odkryliśmy. Jak długo graliśmy bez porażki. Wszystko jest notowane, dzięki czemu, a może raczej przez co jesteśmy porównywani z innymi graczami, nawet pozostając off-line. Dlatego też ranking zaczyna dotykać coraz szerszą grupę graczy.

Pay to win, to prawdziwy majstersztyk ekonomiczny, dla wszystkich uzależnionych graczy i po korzystaniu z niego możemy faktycznie poznać tzw. Nerdów, którzy szukają w cyfrowej rozrywce jakiegoś nadnaturalnego spełnienia.

Na czym polega pay to win?

Z angielskiego „płać, by wygrać” znaczy dokładnie to… ni mniej ni więcej. Załóżmy, że kupiliśmy już grę i zaczynamy rozgrywkę z innymi graczami. Im dłużej gramy, tym zdobywamy więcej punktów doświadczenia i możemy wyposażyć się w lepsze przedmioty. W ten sposób doświadczony gracz zawsze rozwala nowicjusza. Nie jest tu ważna umiejętność lecz procent zmarnowanego życia na potrzeby budowania swojego internetowego jestestwa.

Tu jednak pojawia się opcja pay to win. Twórcy gier proponują nowicjuszowi bazar z ekwipunkiem, wcześniej dla niego niedostępnym. Podczas, gdy inni gracze biegają z procą na kamienie, za kilka dolarów możemy sobie kupić międzykontynentalny pocisk balistyczny. Skala porównawcza jest tu dokładnie odwzorowana.

Co się mianowicie wtedy dzieje? Gracz nie-płacący za ulepszenia, nie ma szans z graczem płacącym. W ten sposób narodziło się też pojęcie „wallet warrior” czyli „wojownik portfela”.

Trudno sprzeczać się z ekonomiczna słusznością tworzenia takiego systemu. To podręcznikowy przykład maszynki do robienia pieniędzy, a wszystko za sprawą psychologii gracza.

Do tej pory zachodzę w głowę, o czym myśli wojownik portfela. Jaki jest cel płacenia za to, by być dobrym w jakiejś grze? Przecież to nie ma żadnego logicznego sensu.

Jeżeli gramy dla przyjemności, a za sprawą wojowników portfela, gra przestaje nam ową przyjemność sprawiać, po prostu musimy przesiąść się na inny tytuł. Sorry, taki mamy klimat.

Jeżeli gramy dla zwycięstwa… ale zwycięstwa czego? Cyfrowego medalu? Rozegramy dodatkowe setki godzin, po to sprostać tygodniowym wojownikom portfela, tylko po to by powiedzieć „pokonałem Cię, chociaż nie dołożyłem do tej gry ani złotówki więcej”? Rzeczywiście jest to powód do dumy…

Dziwią mnie sami wojownicy portfela. Załóżmy, że wydamy grube pieniądze, kupimy sobie wszystko, czego dusza zapragnie i będziemy najlepsi na serwerze. Wspaniałe uczucie prawda? Sukces zawdzięczamy tutaj pieniądzom, nie własnym umiejętnościom, więc nie ma nawet mowy o szacunku, którego wielu graczy tak rozpaczliwie szuka w rozgrywkach internetowych.

Po co więc płacić za wygrywanie?

Stąd moja rada na dzisiaj:

Graczu – Daj sobie spokój z pay to win. Nie bądź frajerem.

Rodzicu – Pilnuj karty kredytowej i hasła do internetowego konta.