Miesięczne archiwum: Listopad 2015

Żegnajcie Gimnazja

1JyANL0DTguQcnvDRTg1_DSC_1962

Zaczyna być głośno o zmianie systemu szkolnictwa. Zamiast gimnazjum, powrócimy do 8-klasowej podstawówki. Jestem absolutnie za. Dlaczego?

Słowem wstępu, co do polityki Prawa i Sprawiedliwości. Nie obchodzi mnie czy ten projekt wystosowałaby Platforma Obywatelska, Petru, czy Kukiz. Dla mnie jest ważna sama ta zmiana. W moim osobistym odczuciu gimnazjum to ślepy zaułek pod każdym względem.

Edukacja

W podstawówce, a właściwie w klasach 4-6 dostajemy początek jakiejś konkretnej nauki. Mamy historię, polski, przyrodę i całą resztę. Cały czas lecimy jednak z programem na złamanie karku, bo godzin mało i program się ucina. Świetnie to widać na przykładzie historii. Jestem humanistą, więc nie będę mówić o matmie, przedmiocie, którego nigdy dobrze nie zrozumiałem. Podejrzewam, że w innych przedmiotach jest podobnie, ale zostanę przy historii.

No więc w 4 klasie podstawówki przerabiamy starożytność, bardzo dokładnie i skrupulatnie. W piątej mamy średniowiecze i tę część starożytności, której nie zdążyliśmy przerobić wcześniej. Program rzecz święta, więc nauczyciel pędzi jak może, żeby nadrobić Greków i Rzymian, kosztem Franków i Polan. Piąta klasa pędzi jak przecinak i w szóstej przerabiamy średniowiecze, nowożytność, wojny napoleońskie, pierwszą wojnę światową i… nie, pierwszej wojny to już nie przerabiamy. Ja w podstawówce zatrzymałem się na Napoleonie.

Idziemy wtedy do gimnazjum, by dowiedzieć się co ciekawego działo się w Europie w latach 1900+ a dostajemy Greków i Rzymian. Potem średniowiecze, nowożytność, kolonie, Napoleon, I Wojna światowa, zaczyna się druga….. drrrrryyyń! Czas minął.

Idziesz do liceum, technikum, albo zawodówki i zgadnij od czego zaczynamy historię? Ave Cezar!

Jeżeli podstawówka trwałaby dłużej może dałoby się to jakoś pogodzić, jakoś inaczej rozłożyć program. Obecnie szkoły kończą ludzie świetnie znający starożytność, a nie znający określenia „Zimna Wojna”.

Eksplozja Hormonów

Do gimnazjum trafiamy w wieku 13 lat, czyli w momencie, kiedy hormony zaczynają szturmować nasz mózg 24 godziny na dobę. Z chłopców stajemy się mężczyznami, zamieniamy zabawki i klocki na gry komputerowe i skrzętnie ukryte filmy dla dorosłych. Chcemy imponować swojemu otoczeniu, jak i płci przeciwnej, którą też nagle zaczynamy się interesować. To wiek buntowania się przeciw wszystkim i wszystkiemu.

W tym niezwykle wybuchowym wieku zostajemy wrzuceni w zupełnie nowe środowisko. Nowi ludzie nowi nauczyciele. Żaden nasz błąd nie będzie wybaczony. W gimnazjum mogą się śmiać z Ciebie przez całe trzy lata, choćby człowiek nosił aparat ortodontyczny. Liczne bójki ze znajomymi, żeby wspiąć się wyżej w łańcuchu pokarmowym i niekończące się pyskówki z nauczycielami, którzy po kilku latach zmieniają się w kłębek nerwów. Mają wtedy dwa wyjścia: Albo stać się wrednym belfrem, który nie da sobie wejść na głowę, albo się załamać.

Przebywanie w tym trudnym okresie życia z tymi samymi znajomymi, to chyba lepsze wyjście niż totalna zmiana otoczenia.

Znieczulica

W gimnazjum panuje pojęcie, że jest to jedynie przystanek w edukacji. Coś, właściwie nie wiadomo co, pomiędzy podstawówką, a dalszą edukacją. W uczniów nie angażują się przesadnie ani nauczyciele ani pedagodzy. Pomagają im, oczywiście, nie mówię, że nie bo znam wielu dobrych pedagogów uczących w gimnazjach, ale zanim nastolatek otworzy się i porozmawia o tym, że ma jakikolwiek problem, zdąża minąć te trzy lata, a jego problem ma szansę stać się traumą na przyszłość.

Uczniowie też często mają na to olew. W liceum zacznę się porządnie uczyć. Teraz to nie ma co, jest jakiś test gimnazjalny, ale do liceum i tak się dostanę, no chyba że startuję do tych pierwszoligowych dla zdolnej młodzieży, to wtedy się uczymy. Ale tak? Wiele talentów jest przez to marnowanych, ponieważ nauczyciele nie mają ani czasu, ani często chęci na rozwój dodatkowych talentów, a uczniowie w swoim hormonalnym buncie negują każdą formę pomocy jaką się im proponuje.

Z własnego doświadczenia

Pomijając fakt, że byłem dość trudnym i niedostępnym nastolatkiem, to dobrze wspominam gimnazjum, dzięki przyjaźniom, które tam zawarłem. Przydała mi się też rotacja znajomych po podstawówce. Nie zmienia to jednak faktu, że na przerwach tłukliśmy się co chwila (a w bójkach byłem kiepski) i wypominaliśmy każdemu jego potknięcia nawet sprzed semestru. Skoro nie mogę być lepszy, niech inni będą gorsi prawda?

Jestem ciekawy jakby wyglądałby mój rozwój i moja psychika, gdybym spędził z tymi samymi ludźmi z podstawówki dodatkowe 2 lata. Jak zmieniłoby się moje podejście do życia, moja edukacja. Czy w ogóle uległyby jakimś zmianom?

No to mamy premierę

978-83-287-0234-9

Na półkach w całej Polsce pojawiła się moja debiutancka książka Komputerowy Ćpun. Jestem bardzo ciekawy jak zostanie odebrana zarówno przez graczy, jak i przez ich otoczenie.

Dopiero teraz właściwie dotarło do mnie co się dzieje. W moim rodzinnym mieście huczy od tematu „miejscowego pisarza” dostaję też sygnały, że książka jest dostępna w Empikach tu, tam siam i owam (co zawsze było wyznacznikiem zauważalności książkowej) Piszą do mnie dziennikarze i biblioteki.

Martwię się jednak czy książka zostanie odebrana dobrze i poprawnie.

Spodziewam się krytyki. Na pewno ze strony społeczności graczy. Wielu już teraz przybija mi piątkę, ale część uważa, że problem nie istnieje a ja pisałem po próżnicy. W jakimś stopniu jestem na to przygotowany.

Dziennikarze patrzą na temat na dwie strony. Z jednej, chętnie zrobią polowanie na czarownice, bo gracz przyznał się do nałogu. Boję się, że tak właśnie zostanie odebrany ten tekst, a ja jednak nie szukam współczucia. Mimo to mediom może podobać się taka patologia jako główny temat, zapominając o samej treści, jaką opracowałem.

W końcu książka nie jest o mnie, lecz o problemie, który dotknął również mnie. Znam ten temat i mam nadzieję, że nikt nie odbierze mnie jako „spójrzcie na mnie! Jestem ćpunem!”

Na szczęście mam ten etap już za sobą.

Chciałbym, żeby ludzie zobaczyli tą właściwą treść. Różnicę pomiędzy pasjonatą, a uzależnionym maniakiem. Grami rozwijającymi i uwsteczniającymi. Jak rozpoznać u siebie słabość i kiedy możemy odetchnąć z ulgą. Ta książka ma na celu rozpocząć dialog graczy i nie-graczy. Mam nadzieję, że ten cel nie zostanie zapomniany.

Póki co jestem ciekawy jak cała sytuacja się rozwinie i jak koniec końców moja książka zostanie odebrana w społeczeństwie.

Fallout Shelter – przykład pochłaniacza czasu

Fallout-Shelter-android-970-80

Jestem wielkim fanem post-apokaliptycznej serii gier Fallout, więc gdy tylko wyszła gra komórkowa w jej klimacie musiałem ściągnąć ją na swój telefon.

 

Chciałbym zrecenzować tą grę zarówno jako grę dla graczy, jak i dla kibiców, pokazać podejście do gier zdrowe i obiektywne. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Seria Fallout jest bardzo znaną częścią historii gier. Najpierw w latach 2000 za sprawą studia Interplay, (Fallout 1,2 i Fallout Tactics) a później za sprawą studia Bethesda zmartwychwstała dość niedawno (Fallout 3, Fallout New Vegas i Fallout 4) Seria cieszy się niesłabnącą, wręcz rosnącą popularnością przedstawiającą świat wiele lat po wojnie nuklearnej, gdzie człowiek, musi radzić sobie na zgliszczach dawnej cywilizacji.

W międzyczasie jako promocja Fallouta 4 wyszła gra na urządzenia przenośne, czyli smartfony i tablety – Fallout Shelter, w którym zarządzamy podziemną kryptą.

Gra jest bardzo przyjemna, intuicyjnie wykonana i… szalenie uzależniająca. Uwielbiam świat Fallouta i stykanie się z nim zawsze sprawiało mi dużo frajdy. Samą grę jako gracz ceniłbym przynajmniej na 5+. Dostarcza masę frajdy, jest ładnie wykonana, ma dość spore wymagania sprzętowe (działa płynnie na telefonie 2 GB Ram. Na starym Iphonie 4.0 miałem trudności z samym odpaleniem aplikacji) a grafika w stylu vault-boy’a cieszy oko.

Jak to wygląda ze względu na jakość dostarczanej rozrywki, wiedzy i poziom uzależnienia?

Wiedza – gram w tą grę już trzeci dzień i nie nauczyłem się z niej zasadniczo niczego. W dalszym ciągu nie wiem w jaki sposób zarządzać post-nuklearną kryptą. Nie wiem jak przetrwać w nieprzyjaznych Pustkowiach, poza dość oczywistą radą „ruszasz w teren – weź broń, pancerz i jakieś leki” aspekt zdobywania wiedzy dzięki grze możemy więc pominąć. Jedynym wyjątkiem jest planowanie i konsekwentna strategia rozwoju krypty, za którą później odpowiadamy. Jeżeli nie wyprodukujemy dość energii elektrycznej światło zgaśnie i pozostałe pokoje nie będą miały energii. Trzeba o tym pamiętać.

Rozrywka – Trudno mówić tu o jakiejś szerokiej definicji frajdy, choć jak na gry komórkowe, jest nieźle. Klikamy w kolejne ikony. Najpierw budujemy miejsca mieszkalne, elektrownie, oczyszczalnie ścieków, zdobywamy ekwipunek i wysyłamy mieszkańców krypty na Pustkowia w poszukiwaniu skarbów. Na tym kończy się jednak ta lepsza cześć rozrywki, przypominająca popularnego Settlers. Później jednak gra zaczyna się sprowadzać do klikania kolejnych pomieszczeń. Zbieramy wodę z oczyszczalni, prąd z elektrowni, jedzenie z jadłodajni. W międzyczasie budujemy nowe pokoje, a nawet piętra, lecz dalej sprowadza się to do tego samego. Gdybym miał porównać godzinę gdy w Fallout Shelter, nawet do wydanego w tej samej firmie Fallout 3, różnica jest diametralna. Różnica jest jednak taka, że zabawę w krypcie możemy odpalić w pracy, autobusie, w kolejce u lekarza – słowem – wszędzie, gdzie nie mamy dostępu do komputera stacjonarnego. Idealny pożeracz czasu.

Poziom uzależnienia – Bardzo wysoki. Strasznie trudno utrzymać wystarczająco wysoki poziom pożywienia i wody, żeby cały schron sprawnie funkcjonował. Co 5-7 minut musimy się zalogować by zebrać surowce, w przeciwnym wypadku wydobycie stoi w miejscu. Nasza rozrywka sprowadza się więc do nadzorowania (bo gramy Nadzorcą krypty) działania wszystkiego w schronie. Gra w ten sposób mobilizuje nas do stałego doglądania. Jest też bardzo dobrze rozwinięty motyw rozwoju krypty. Posiadając odpowiednią liczbę mieszkańców, możemy budować kolejne, najróżniejsze budynki, od radiostacji po strzelnicę.

Podsumowując

Fallout Shelter to bardzo fajna gra, na wolną chwilę w kolejce, ale i idealny przykład komórkowego pożeracza czasu na które trzeba uważać. Jeżeli możemy zrobić w tym czasie coś innego produktywnego, proponowałbym jednak jakiekolwiek inne zajęcie.

Przeciwnicy gier i ich kiepskie podejście

download

Hejterzy gier, praworządni rodzice, psycholodzy, nauczyciele… wszyscy krytykują gry komputerowe, choć upatrują swój niepokój w zupełnie niewłaściwym miejscu.

Gry komputerowe szkodzą. Potrafią szkodzić, jeżeli ma się do nich złe podejście. Wyjaśnienie to jest proste jak każdego innego uzależnienia. Jeżeli źle dawkujemy substancję możemy uzależnić się od kofeiny, alkoholu, tytoniu, telewizji i wielu innych rzeczy. Jeżeli będziemy grać non-stop uzależnimy się również od gier komputerowych.

Armia grona pedagogicznego zwraca jednak uwagę na zupełnie inny aspekt. Otóż treścią gier jest przemoc.

Oczywiście, że tak! Przemoc towarzyszy kulturze człowieka od początków jego historii. Była motorem napędzającym rozwój i natchnieniem dla twórców kultury. Była częścią teatru, dyscyplin sportowych, powieści. Jest częścią współczesnej muzyki, seriali i filmów. Dlaczego miałaby ominąć gry komputerowe?

Ludzie uważają, że gry komputerowe powodują wzmożoną przemoc, ponieważ oglądamy ją na ekranie komputera. Jako uzależniony gracz, który siedział w grach, aż zbyt głęboko, mogę z pełną świadomością powiedzieć – przemoc w grach komputerowych nie jest ich problemem.

Problemem jest wiek odbiorcy.

Wielokrotnie słyszałem o dzieciach grających w Call of Duty, czy też GTA, które były potem agresywne. Moje pytanie jednak brzmi: kto dał 10-latkowi dostęp do produktu powyżej 18? To nie jest wina produktu dla dorosłych, że odbije się piętnem na dziecku. Jeżeli dziecko obejrzy w telewizji horror, potrafi moczyć się w łóżko przez kilka kolejnych tygodni. Czy jest to jednak wina horroru? Być może został źle nakręcony, skoro 10-latek, który nie jest jego odbiorcą docelowym bał się po nim.

Taka argumentacja jest irracjonalna. Nie można narzekać na szkodliwe działanie produktu który nie jest do mnie skierowany, jeśli go używam.

Zupełnie inną kwestią jest dostępność. Dzieciaki mają zbyt łatwy dostęp do treści niedozwolonych i nie dotyczy to tylko gier, ale i filmów dla dorosłych. Nie trzeba wiele wysiłku by znaleźć w internecie film pornograficzny w jakości HD. Podobnie jest z pełnymi wersjami gier. Piractwo zwyczajnie się szerzy, ale nie jest to wina producentów gier. Oni nie zarabiają na piractwie.

Rodzice mogą pilnować dzieci. Sprawdzać co mają na komputerach i w co grają. O jakich grach rozmawiają i czego szukają w internecie. Nie proponuję tu inwigilacji, ale pozostawienie dziecka z szeroko otwartym Internetem jest jak wręczenie mu naładowanego pistoletu.

Problemem gier jest uzależnienie od nich, spowodowane wciągającą rozgrywką i marketingową manipulacją, połączoną z dogłębnym przeanalizowaniem potrzeb graczy. Firmy tworzące gry doskonale wiedza jak przykuć gracza do krzesła na długie godziny.

Z drugiej jednak strony, każdy ma swój rozum. Nie każdy z nas jest przecież nałogowym alkoholikiem rozbijającym się w samochodzie, ale spora większość z nas lubi wypić w trakcie imprezy. Wielu też graczy ma zdrowe podejście do gier, to prawda, jednak są jeszcze ci drudzy, patologiczni, którzy nie potrafią odnaleźć równowagi.

Obwinianie gier za przemoc w nich występującą możemy zrzucić jedynie na naturę człowieka. Jest popyt, jest podaż. Prawdziwym problemem jest odcięcie się od rzeczywistości na rzecz fikcyjnie przeżywanych przygód w trybie non-stop. To w tym leży problem gier.